losowe inne prace z tej kategorii:
Nie masz jeszcze swojego konta? Zarejestruj się. Po pierwsze
podaj swój nick:
Wróc do menu: opowiadanie

Ostatnia Misja Rebelii
Od autora: Uwaga! To mój debiut, więc nie oczekujcie jakichś wielkich fajerwerków.


Rok 2534. Pięć lat po 3 wojnie światowej. Żadne miasto nie jest bezpieczne. Wszędzie czają się mutanty, zbiry i inne spaczeńce. Ludzie dzielą się na dwie grupy.

--Szychy. To ludzie, którzy mają władzę. Wykorzystują oni innych do ciężkiej harówy.

--Robole. Ludzie, którzy pracują dla "szych". Ale wśród roboli wyłonił się odłam. Rebelia. Należą do niej ci, którzy chcą przywrócić porządek poprzez różne akcje takie jak sabotaże, porwania oraz napady.


NY, 12. 6. 2534. piwnice w ruinach domu na pograniczach Nowego Jorku. Baza rebelii, godzina 21.00


-Ricky - Zawołał szef, Johny - Mam dla ciebie wiadomość.

Do pokoju wszedł człowiek ubrany w niebieskie, dżinsowe spodnie i czarną, flanelową bluzkę. Twarz miał pogodną, gładką(nie nosił brody). Był średniego wzrostu.

-Jaką? - spytał

-Ano taką, że dostajesz nową grupę.

-Kto to będzie?

-Chłopaki! Chodźcie tu!

Wtedy do pomieszczenia weszło trzech facetów.

-Poznajcie się. - poprosił boss - To jest Bob. - powiedział pokazując na napakowanego gościa z długimi, czarnymi włosami, czerwoną przepaską na czole, bródką związaną w warkocz(patrz: Szavo Odadjian, basista System of a Down), i 190 cm wzrostu - Jest on doskonałym komandosem. W czasie wojny, uzbrojony w nóż, wszedł do bunkru, w którym było 10 żołnierzy wroga. Kiedy wyszedł nie było tam nikogo.

-A ten w płaszczu? - Spytał Ricky, wskazując mężczyznę ubranego w czarny płaszcz z kapturem tak głębokim, że było mu widać twarz od czubka nosa. Płaszcz był rozpięty i można było zauważyć miecz wsadzony do pochwy, zaś klatkę piersiową przecinał pas, na którym wisiał shotgun, który wystawał zza pleców

-To jest Marley. Jest bardzo tajemniczy. Swoim shotgunem potrafi zestrzelić królika z 60m(wiecie, upgrade przyszłościowy, te rzeczy). Niektórzy mówią, że potrafi czarować, ale ja tego nie widziałem, także nie zapewniam ci tego. Obok niego stoi Mel. - przedstawił trzeciego gostka ubranego po ludzku, czyli podkoszulek bawełniany, spodnie dresowe, nic nadzwyczajnego. - Jest świetnym szpiegiem. Niedawno przyszedł z zadania tak doskonale przebrany za szychę, że chcieliśmy go zastrzelić.

-Ja jestem Ricky, ale więcej nie powiem. Niech to zrobi Johny.

-Imię znacie. Ricky jest doskonałym hakerem. To, że włamał się do centralnego PC kasy narodowej i dokonał przelewu na swoje konto, zmieniając przedtem swoje dane osobowe tam zapisane pobierając 10.000 $, to chyba wystarczający dowód na jego umiejętności. Teraz macie godzinę dla siebie. Możecie bliżej się poznać. Cześć.

-No dobra panowie. - zaczął Ricky zmierzając w stronę barku z butelkami - Żeby się lepiej poznać, trzeba porozmawiać, a żeby rozmowa się kleiła, potrzebne są napoje. Co komu podać?

-Ja chcę piwsko. - zamówił Bob

-Wódka. - poprosił Mel

-A ja wino. - poprosił Marley

-No dobra. - Ricky zaczął rozlewać - Może powiemy coś o sobie? Kto zaczyna?

-Ja chcę - odparł Marley - Urodziłem się w lesie. Ojciec był martwy, a matka padła po porodzie. Później znalazł mnie jakiś wędrowiec. Wszystko to działo się w okolicach 2443 roku. U niego się wychowywałem, nauczył mnie walczyć. Nie szukam rodziny, bo w razie śmierci byłby problem i żałoba, a ja tego nie chcę. Już wiecie o moich magicznych zdolnościach. Spójrzcie na to. - odsłonił czoło, które było pokryte szramami i błyszczącym pyłem - Kiedy czaruję ten pył zaczyna błyszczeć. Teraz oddam głos innym.

-To może ja. - zaproponował Bob - Urodziłem się w 2500 roku, w Bostonie. Moja rodzina była bogata, ale kiedy poszedłem do wojska stało się coś dziwnego. Jak tylko przyjechałem, wszystko było rozwalone. Jako, że nie miałem gdzie wracać, postanowiłem zostać w woju. Ot moja historia.

-Może teraz ja. - rozpoczął Mel - Wychowałem się w slumsach. Moja matka zmarła w 2509, czyli rok po moim narodzeniu. W slumsach poznałem wielu ludzi, należałem do gangów i miałem nawet jedną pracę. Szybko ją straciłem, bo przyszedłem do dyrektora przebrany za jego doradcę i zaproponowałem sobie podwyżkę. Następnego dnia ktoś doniósł szefowi, że to byłem ja i wyleciałem. Potem była wojna, rebelia i resztę znacie. A może teraz Ricky, co?

-No dobra. Ja... - nie skończył, bo nagle do pokoju wpadł John.

-BIERZCIE TEN NOTATNIK, WSIADAJCIE DO SAMOCHODÓW I UCIEKAJCIE!!! - wykrzyczał.

-Co się siało?

-CIA ZNALAZŁO NASZĄ KRYJÓWKĘ!!! ZARAZ TU BĘDĄ!!! UCIEKAJCIE!

-Nie zostawimy cię!

-Uciekać, bo was oskarżę o zdradę stanu!!!

Złapali notatnik i uciekli. Przy wyjściu już stały samochody. Wsiedli do nich i zaczęli uciekać. Odjechali ok. 200 metrów i nagle rozległ się wybuch. W lusterkach zobaczyli wielki słup ognia unoszący się nad ich byłą bazą. Po chwili zaczęły ich gonić samochody agentów.
Zaczął się pościg. Ricky był na przodzie. Za nim jechali kumple z rebelii, a zaraz za nimi agenci CIA. Skręcił w lewo. Agenci byli na ogonie. Spojrzał na licznik i zobaczył, że zasuwa 200 km/h. "Nieźle. Jak jeszcze trochę przyspieszymy, to silniki nam popadają." - pomyślał. Na kolejnym zakręcie o mało nie wpadł na budynek. CIA ta sztuczka nie wyszła. Najpierw przywalił jeden, a w niego reszta agentów. Ricky zwolnił. Jechali całą noc.


Nad ranem zatrzymali się w lesie. Rozbili tam obóz, ukryli samochody i rozpalili ognisko.

-Ricky, ty jeszcze nie opowiedziałeś nam o sobie - przypomniał Mel

-Ok. - zaczął - Urodziłem się 35 lat temu. W Europie. Do stanów przyjechaliśmy, aby rozkręcić interes. Wszystko było pięknie, ale w czasie wojny chciałem iść do wojska, ale rodzice przysięgli mi, że jeżeli tam pójdę, to wyrzekną się mnie. Ale mimo to poszedłem. Po wojnie dostali się do szych. Chcieli, żebym z nimi współpracował, ale powiedziałem im, że przecież się mnie wyrzekli. Ja zostałem rebeliantem. Włamałem się do centrali policji i w ich aktach dopisałem im parę zabójstw, napadów i zatajonej propagandy przeciw prezydentowi. Następnego dnia odbyła się egzekucja.

-Ty skazałeś twoich starych na śmierć? - zdumiał się Bob

-Zdarzają się gorszę wypadki. - wtrącił się Marley - Słyszałem, że kiedyś syn wpadł do pokoju ojca, który był prezydentem, obudził go wsadził mu do ust pistolet i wystrzelił cały magazynek. Ciało wyrzucił do śmietnika.

Nastała cisza. Po paru minutach usłyszeli dziwny hałas dochodzący zza drzew. Postanowili sprawdzić co to jest. Marley zgłosił się na ochotnika. Po cichu podszedł do polanki, ukrył się za krzakami i zobaczył dwóch drabów dzielących łupy. Rozpoznał ich. To byli wyrzutki rebelii, którzy korzystając ze swojej wiedzy napadają i rabują bezbronnych, biednych ludzi. Wrócił do towarzyszy i powiedział co zobaczył. Postanowili coś z tym zrobić. Poszli. Bob został na warcie, aby pilnować obozu.

-Kto tam idzie? - spytał Mel

-Ja. - zgłosił się Marley

Cicho wyciągnął miecz i podszedł do drabów. Zauważyli go.

- Coś ty za jeden? - spytał gościu obwieszony złotą biżuterią.

-Wasza zguba...

-Co? - wstał facet siedzący przy ognisku. Było to jego ostatnie słowo. Miecz z gracją oddzielił jego głowę od reszty ciała. Wtedy ten drugi wyjął swój miecz i zaczęli walczyć.
Miecze świstały w powietrzu. Zbir uderzył na bok. Cios został sparowany i Marley wyprowadził ripostę. Ciął na głowę. Bandzior uniknął ciosu ale odskakując potknął się o gałąź i poleciał na ziemię. Broń po upadku odleciała parę metrów do tyłu. Rebeliant przyłożył miecz do klatki piersiowej draba.

-Poddaj się, albo pchnę ten miecz głębiej.

-Ty jesteś głupi, czy w bajki wierzysz?

-Twoja sprawa. - Rozległ się trzask łamanego mostka i krzyk złodzieja.

-Ty... - splunął na swojego zabójcę prawie martwy zbir. - Jeszcze cię... dorwę... - zmarł.

-Ech... - westchnął Marley - kolejny trup na moim koncie.

Podszedł do swoich. Kiedy wrócili do obozu, zobaczyli nieprzytomnego Boba, zgaszone ognisko, ukryte samochody i brak prowiantu. Kiedy komandos się obudził zaczęli zadawać mu pytania.

-Rozpoznałeś ich? - pytał Ricky

-Nie. Nie widziałem ich. Poczułem tylko silne uderzenie w tył głowy. Odwróciłem się, ale mi poprawili.

-Psia mać. Może to byli rabusie, których przed chwilą usunęliśmy.

-Myślę raczej, że byli to pozostali. - wtrącił się Mel - Tamci nie mogli uciec.

-Nic to. Trzeba jechać.

-Poczekaj. Mamy notatnik. - przypomniał Marley - Może zobaczymy co tam napisali.

-No tak!. Kto go ma?

-Ja... - wystękał Bob - go miałem.

-CO?! - zawołali chórem Ricky, Marley i Mel - Co z nim zrobiłeś?!

-Jak dostałem, to zauważyłem, że grzebią mi po kieszeniach. Pewnie ukradli.

-Musimy ich znaleźdź.

-Poczekaj. Słyszę coś.

Zobaczyli, że zza krzaków wyszła banda drabów. Było ich trzech.

-Wy zabiliście naszego szefa? - spytał jeden z nich

-Tak. A co?

-Nic. Tylko, że tera my was zabijemy.

Marley przeładował shotguna i powiedział:

-Ten, który wygra bierze ten notatnik.

-Jaki? - spytał zbój

-Ten, który wystaje ci z kieszeni. Połóż go na ziemię. Bo strzelę.

-Już. - mówiąc to, bandzior kładł notatnik. Kiedy go położył, Marley kazał mu wstać. Gdy złodziej się podniósł, rozległ się strzał z shotguna. Trafił w czerep. Przeciwnik odleciał do tyłu i na karku miał coś, co kiedyś było głową, a teraz przypomina zaczerwienioną trawę. Pozostali dwaj rzucili się do ataku. Bob poleciał z gołymi pięśćmi, a Mel wyjął pistolet i zastrzelił swój przydział pięcioma pociskami wycelowanymi w klatkę piersiową. Komandos załatwił to równie szybko, tylko bardziej efektownie. Złapał on zbira za bluzę i tak mocno i celnie walnął w łeb, że owa część ciała odleciała parę metrów do tyłu. Po udanej bójce wzięli notatnik i zaczęli czytać:


"Dojedźcie do naszego centrum w San Francisco. Tajne przejście znajduje się w byłym budynku rady miasta. Tam dostaniecie zadanie specjalne. Słyszałem, że po jego wykonaniu upadną szychy i wróci dawny porządek.

Powodzenia!

Johny, głównodowodzący rebelii w NY"

-To musimy jechać. - zauważył Ricky

-To jedziemy! - zgodzili się wszyscy.


Wyjeżdżając z lasu zobaczyli nadjeżdżające samochody CIA.

-Jeżeli nas zauważą, to mamy przerąbane. - Potwierdził fakty Bob

-Poczekajmy, to może nas ominą. - rozkazał Ricky.

Przeczekali. Ostani wóz zauważył ich, ale nie wezwał pozostałych. Prawdopodobnie myślał, że kasa i honory pójdą tylko do niego. Mylił się. Kiedy tylko wysiadł, padł strzał z pistoletu. Agent padł z dziurą w głowie na ziemię. Kiedy chłopaki przeszukali jego kieszenie znaleźli portfel, w którym były 3$ i nic więcej.(nie licząc powietrza, oczywiście) Wyjechali z lasu niezauważeni.


Po trzech dniach jazdy dotarli do San Francisco. Od razu pojechali do bazy. Kiedy stanęli przed wejściem i otworzyli drzwi, wyszła z cienia postać.

-Hasło.

-Wolność.

-Wejść.

Weszli do starego budynku. Na początku było bardzo ciemno i nic nie można było zobaczyć. Kiedy się przyzwyczaili do ciemności, zobaczyli prosty korytarz. Na jego końcu było światło. Zbliżali się do niego. Był to rodzaj portalu. Po wejściu do niego znaleźli się w pokoju pełnym rebeliantów grających w karty, oglądających telewizję i robiących różne inne rzeczy(np. biegnięcie do kibla). Wtedy podszedł do nich człowiek ubrany jak szef rebelii. Miał na sobie garnitur, spodnie w kant i krawat.

-Wy jesteście z NY? - spytał

-Tak... - niepewnie odpowiedział Ricky

-Witamy w naszej skromnej bazie. Słyszeliśmy już o tym, co się u was stało... Przykro mi... Możecie tu się posilić, odpocząć i pogadać z innymi. Jutro porozmawiamy o zadaniu.

-Ok. Dzięki. Cześć. I jedno pytanie. Gdzie teraz jesteśmy? widzę tu okna, których nie było w budynku rady.

-Teraz jesteśmy w centrum San Francisco, w starym mieszkaniu.

-Dzięki. Cześć


Większość wieczoru spędzili na pogawędkach i piwku. Około pierwszej udali się na spoczynek. Kiedy szli do pokoju towarzyszyło im dziwne uczucie, że zaraz zginą. Mimo to zasnęli bez większych problemów.

W czasie snu usłyszeli, że coś się dzieje. Ktoś strzelał. Kiedy się ubrali i uzbroili wybiegli z sypialni. Zobaczyli, że w pokoju, w którym wczoraj rozmawiali są CIA'owcy. Padały strzały i trupy. Chłopaki włączyli się do ogólnej jatki. Marley na początku walił z shotguna, ale kiedy skończyły mu się naboje, wyjął miecz i siekał na plastry. Bob strzelał, bił, kopał, gryzł(jeszcze nie jedli śniadania). Mel zaczął pruć ze swojego pół-automata, kiedy nagle rozległ się błysk ognia. Spojrzał w stronę Marleya. Ujrzał, że otacza go ognisty krąg. W stronę maga biegło pięciu agentów. Kiedy tylko dotknęli tarczy, zaczęli błyskawicznie płonąć. Nie zdążyli zrobić nawet kroku. Padali maksymalnie zwęgleni. Krąg rozszerzał się coraz bardziej. W pewnej chwili rozległ się głos Marleya:

-REBELIANCI! UCIEKAJCIE Z TEGO POMIESZCZENIA!!! TEN OGIEŃ PALI TYLKO LUDZI I WSZYSTKICH LUDZI OPRÓCZ MNIE!!! UCIEKAJCIE!!!

Wszyscy wybiegali przez drzwi i okna. W pokoju były tylko skwarki, agenci, ogień i Marley. Nagle wszystko zgasło. Rebelianci weszli do cmentarzyska, w którym były tylko ludzkie popioły. Meble, ściany i inny sprzęt nie zostały nawet draśnięte. Marley stał na środku tej pogorzeli i był bardzo zmęczony.

-Wygraliśmy...-po tych słowach padł nieprzytomny na ziemię. Czoło miał tak jasne, że aż oślepiająco białe. Położyli go na kanapę i dali odpocząć.

-Możemy poznać zadanie? Jak Marley się obudzi, to mu przekażemy.-zaproponował Ricky
-Nie.-zaprzeczył szef-musicie być w komplecie. I wszyscy przytomni.

-Ok.

Po dwóch godzinach snu Marley się obudził. Na początku nie wiedział co się dzieje. Wszyscy w pokoju spali. Kiedy rozejrzał się po pokoju zobaczył jakąś niewyraźną postać. Podszedł bliżej. Wtedy poznał tą postać. Był to pustelnik, który go wychował. Duch odwrócił się i zaczął mówić:

-Przyszedłem do ciebie...-wyrzekł stłumionym, cichym głosem

-Po co?-spytał Marley

-Przekazać Ci wiadomość.

-Jaką?

-Ja już nie żyję. Umarłem przed chwilą. Ale dostałem pozwolenie na przekazanie tobie mojej mocy.

-Ale ty przecież nie żyjesz.

-Uszła ze mnie tylko energia życiowa. Magiczna została i jest jej całkiem sporo. Mam ci ją przekazać.

-Jak?

-Złap mnie za dłoń.-mówiąc to wyciągnął swoją rękę. Marley uczynił to, o co go proszono. Nagle poczuł ból i potężną energię, która wchodziła do jego ciała. Wokoło wszystko zaczęło błyszczeć. Obudzili się rebelianci. Zobaczyli co się dzieje i znieruchomieli. W końcu duch puścił Marleya. Odszedł. Marley stał zdziwiony i zadowolony.

-Co się stało?-spytał Mel

-Przyszedł duch pustelnika, który mnie wychował. Podarował mi nową i większą moc.

-COOL!-ryknął Bob

-Trzeba będzie wzmocnić ochronę...-po cichu powiedział szef

-Ja się tym zajmę-zaproponował Marley. Dookoła drzwi zrobił magiczną tarczę przez którą nikt mógł przejść.

-To może poznamy to zadanie?-dopytywał się Ricky

-A...tak...Już.-Szef wyjął notatnik i otworzył go-Siadajcie do stołu.-każdy usiadł. W notatniku było zapisane:


"CEL ZADANIA:Dostać się do głównej bazy CIA. Wejść do pomieszczenia z głównym PC. Podmienić dane i zainfekować wirusem z notatnika. UWAGA:Pomieszczenie z głównym komputerem jest pilnie strzeżone. UWAGA 2: Wirus przenosi się automatycznie, podczas podmiany informacji. Wszystkie rzeczy, których będziecie potrzebować są w San Francisco. Macie wolną rękę.

POWODZENIA!
Andreas, Głównodowodzący Rebelii, Waszyngton"


-No dobra... To trza się wziąć do roboty...-zauważył Mel

Zaczęli zbierać potrzebne rzeczy. Ricky wszedł do centrum informacji CIA. Były tam podane uniformy, w których chodzą pracownicy na codzień i w pracy. Przygotowywali plan działania. Kiedy go zrobili postanowili zrobić zadanie następnego dnia. Przygotowali broń i poszli spać.

Następnego dnia zaczęli działać. Poszli pod centrum bazy. Poczekali na zmianę warty. Kiedy wychodził ostatni strażnik, postanowili go śledzić. Poznali po jego mundurze, że jest strażnikiem pilnującym pomieszczenia, w którym znajduje się główny PC. Kiedy przechodził przez jedną z wielu ciemnych uliczek Bob uderzył go w tylną część głowy tak, że strażnik padł na ziemię nieprzytomny. Mel spytał Marleya:

-Możesz go tak zaczarować, żeby wyglądał jak żywy?

-Nie ma sprawy. - po czym Marley machnął ręką i nieprzytomny żołnierz wyglądał jak żywy. Ruszała mu się klatka piersiowa, przesuwał nogami podczas marszu, a nawet mrugał.

Kiedy doszli do bazy, postanowili go związać i ocucić, co uczynili. Więzy były tak dobrze splecione, że nawet Bob niebyłby w stanie ich rozerwać. Kiedy strażnik się obudził, był lekko otumaniony. Podniósł głowę aby zobaczyć co się dzieje. Miał lekko zarośniętą, kościstą twarz. Z jego oczu emanowała zła energia. Marley poznał, iż uprowadzony jest demonem. Przeraził się gdy pomyślał co on może zrobić. Wkradł się do jego umysłu. Miał z tym wielkie problemy. Jego umysł był chroniony potężną magią, która nim władała. Mimo to, stwór miał uczucia typu pamięć, czy strach, które potrafiły być silniejsze od tarczy na jego umyśle.
-Chłopaki - zaczął Marley - Mamy mały problem...

-Jaki - spytał

-Ano taki, że ten strażnik... jest... DEMONEM...

-CO? - Chórem spytali Ricky, Bob i Mel - DEMONEM?

-Ciszej - porosił Marley - na razie musi się dobudzić. Jeśli to przyspieszymy, to może być mały problem. Ja spróbuję z nim pogadać. Proszę nie przeszkadzać.

-Ok. - mruknął Mel i wyszedł z resztą drużyny.

Przez czas budzenia się strażnika Marley zrobił model twarzy żołnierza w notatniku i włączył dyktafon w nim ukryty.

Demon obudził się całkowicie.

-Kim jesteś? - spytał

-Jestem Marley. Z rebelii. - po tych słowach potwór zaczął się miotać. Mel wyciągnął rękę, na której pojawiła się kula rozmiarów grejpfruta złożona tylko z dziwnego, niebieskiego światła.

-Święta kula... - cicho powiedział przerażony strażnik. Była to bowiem jedyna rzecz, która tak na prawdę potrafiła zabić demony.

-No właśnie... Mam do ciebie kilka pytań.

-Do demona, czy strażnika? - warknął potwór

-Do strażnika.

-Niczego się nie dowiesz! - po tych słowach kula znacznie się powiększyła.

-Mam rzucić? - spytał Marley

-Nie...

-A będziesz gadał?

-No dobra... Co chcesz wiedzieć?

-Jaki jest kod do pomieszczenia, w którym znajduje się główny komputer?

-Ech... - kula w ręku maga nabrała rozmiarów sporego arbuza.

-To co z tym kodem? - zapytał przymilnie Marley

-No dobra... Oto kod: 1029384756. - Marley wyjął notatnik i zanotował kod

-I jeszcze jedno.

-Co? - warknął strażnik

-Hasło do głównego komputera. - zdecydowanym głosem powiedział Marley

-NIGDY! - ryknął demon - NIGDY GO NIE ZDRADZĘ!!!

-Na pewno? - rzekł czarodziej, a Święta kula przybrała bardzo duży rozmiar. Wyglądała jak dość duży globus. Żołnierz był naprawdę przerażony. O mało nie zemdlał. Z jego głowy zaczęły wychodzić dziwne wypustki. Skóra zaczęła mu pękać. Marley zmniejszył kulę, ale powiedział, że ją powiększy, i jeśli nie będzie mówił, to w niego rzuci.

-No dobra... - westchnął stwór - Oto hasło: Mirikakuza.

-Co to znaczy? - spytał Marley, kiedy zanotował hasło w notatniku

-To w języku demonologów. Jest to najpotężniejszy demon, jakiego udało się przywołać. To on po części przyczynił się do wybuchu III wojny światowej. Zaczął rządzić sto lat przed jej wybuchem. Nieposłuszni zginęli. W trzy lata przed wojną został zabity, ale dostał się do ciała szefa CIA. I od tej pory zbierał wojsko. Ludzie postanowili go zniszczyć. Ale on uciekł i niedawno powrócił. O PSIA MAĆ!!! CO JA GADAM!!! TO JEST TAJEMNICA... Nikt nie może tego wiedzieć... PROSZĘ, ZABIJ MNIE!!!

-Czemu? - spytał Marley?

-Bo ty zrobisz to Świętą kulą. Mój pan rozerwie mnie na szczątki i będę się włóczył po świecie jako duch, a kiedy moje ciało się zbierze, to zginę całkowicie.

-No dobra, ale zdejmij mundur. I jeszcze jedno.

-Co?

-Powiedz mi, czy twój szef ma zwyczaj wychodzić z pokoju?

-Tak.

-Kiedy?

-Godzinę po zmianie warty. Teraz mnie zabij - mówiąc to zdjął mundur i stanął na środku pokoju

-Żegnaj!!! - krzyknął Marley. Następnie wyciągnął rękę i kula przybrała poprzedni rozmiar. Święta kula poleciała wolno i majestatycznie w stronę demona rozświetlając cały pokój. Kiedy tylko go dotknęła, zaczął on potwornie krzyczeć i skwierczeć. Marley, pomimo nieidącego wytrzymać krzyku i chęci zatkania uszu musiał trzymać ręce przed sobą. Gdyby tylko je zawrócił, czar przestałby działać. Po jakimś pół godziny krzyku, skwierczenia i oślepiającego światła wszystko ucichło i zgasło. Wtedy wszyscy wbiegli do pokoju, w którym leżał nieprzytomny Marley. Jego czoło znów błyszczało oślepiającym blaskiem. Twarz zakryli mu kapturem. Następnie zaczęli rozglądać się po pokoju. Nic się w sumie nie zmieniło. Wszystko było tak, jak dawniej. Tylko na środku pokoju leżał mundur strażnika, którego tu przyprowadzili. Zobaczyli, że dyktafon w kieszeni Marleya ciągle nagrywa. Wyjęli go i zatrzymali. Następnie odtworzyli nagranie. Podczas "audycji" obudził się Marley.

-Co się... gdzie... o! Cześć.

-Cześć - odpowiedział Mel pauzując odtwarzanie - wiemy co się stało. Masz hasło i kod?

-Tak. Gdybyście słuchali dalej, to byście je poznali. Poza tym jest w notatniku.

-Gdzie?

-W notatkach.

-A... dobra, słuchamy dalej. I jeszcze jedno.

-Tak?

-Masz gdzieś twarz tego... czegoś?

-Tak. W modelach i rysunkach.

-Ok. To posłuchajmy dalej.

Po przesłuchaniu Mel zobaczył model twarzy "tego czegoś" i postanowił zrobić elastyczną maskę pasującą na niego. Założył maskę i mundur. Wyglądał dokładnie jak strażnik. Mel zdjął przebranie. Postanowili dostać się do budynku następnego dnia. Poszli spać.

Tej nocy Marley miał dziwny sen. Śniło mu się, że wykonują misję. Wszystko szło po prostu pięknie, ale kiedy wracali, coś się stało i główny komputer wybuchł. Zaczęli uciekać. Za nimi była fala ognia, która, gdyby ich sięgnęła, po prostu by ich wszystkich zabiła. Mel potknął się i został na korytarzu. Bob dostał w nogę od strażnika, który stał za drzwiami i upadł. Jego również pochłonęło. Ricky podczas próby zamknięcia drzwi nie wyrobił się, a Marley zaczął się rozrastać i... obudził się. Był cały zlany potem. Nie mógł zasnąć przez całą noc. Siedział, myślał, ćwiczył czary i walkę mieczem. Zastanawiał się również, skąd tak dobrze zna bazę CIA, skoro nigdy w niej nie był.

Marleya zastał świt. Poszedł do łazienki, umył się i udał się do pokoju. Usiadł na kanapie. Pierwszy do pokoju wszedł Ricky.

-Uaaaa...-ziewnął i przeciągnął się haker - O! Cześć Marley. Co tak wcześnie?

-Miałem dziwny sen.

-Jaki?

-Opowiem, jak się wszyscy zbiorą.

-Dobra. A o czym mniej więcej był?

-O... nas i o naszym zadaniu.

-Hmm... ciekawe. Dobra. Idę się umyć.

Kiedy Ricky poszedł do ubikacji, do pokoju wchodzili kolejno: Bob, Mel i na końcu szef. Po pół godziny było śniadanie. Po nim Ricky zaczął mówić.

-Marley.

-Tak? - spytał mag

-Rano mówiłeś mi o jakimś śnie. Opowiesz go nam?

-No dobra. - opowiedział im sen, który miał tej nocy. Wszyscy byli przerażeni. Bali się, że "wizja" może się sprawdzić. Ale mimo to, postanowili pójść i wykonać zadanie. Wtedy komórka w mundurze zaczęła dzwonić. Mel ją odebrał.

-Tak? - zaczął mówić warczącym i mrocznym głosem, w czym pomógł mu Marley, rzucając na niego zaklęcie.

-To ty, Xelafogesie?

-Tak, to ja. A co?

-Jak to, co? Masz przyjść na straż!

-Już, mój Panie. - po czym wyłączył komórkę. - No, chłopcy, będę czekał. Za pół godziny.

-Za pół godziny - potwierdził Ricky, po czym Mel wyszedł.

-No, to se poczekamy. - wyrzucił Bob


W tym czasie Mel zaczął szukać czegoś na kształt mapy budynku CIA. Po chwili szukania znalazł plan, na którym były wszystkie ważne miejsca i wyjścia. Były również miejsca ukryte, o których wiedział prawdopodobnie tylko on, martwy strażnik i ich boss. Postanowił iść dalej posługując się tą mapką. Kiedy doszedł do centrum zobaczył, że jest to niewielki, odrapany budynek. Niemal mieszkanie w slumsach. Gdy jednak wszedł do drzwi stało się coś dziwnego. Powierzchnia budowli stała się kilkakrotnie większa. Przez chwilę Mel stał oszołomiony, jednak oprzytomniał, gdy przypomniał sobie, że jest strażnikiem, który jest tu codziennie. Poszedł do głównego pomieszczenia i stawił się przed szefem. Kiedy wszedł tam boss wyglądał na zwykłego człowieka. Jednak po chwili skóra ludzka zaczęła z niego spadać i dematerializować się. Szef CIA przypominał teraz najgorszą poczwarę, jaka kiedykolwiek była na ziemi i w okolicach. Miał zdeformowaną czaszkę, dwoje czerwonych oczu, stożkowate, żółte zęby i rozdwojony na końcu język. Wszędzie było widać jego mięśnie, coś co można by nazwać jego skórą było czerwone. Korpus był podobny do ludzkiego, ale był na nim wyryty pentagram. Miał cztery, potężnie umięśnione ręce, na których końcach były dziesięciocentymetrowe, czarne pazury. Między nogami(w miejscu, gdzie typowy facet ma... tego, no... Wacka) miał... pustkę. Było to coś tak czarnego, że aż oczy bolą. Totalna pustka. Z Stamtąd ciągle wychylały się jakieś malutkie stworzenia, które przypominały plemniki, tylko że były dziesięć razy większe i widoczne gołym okiem. Nogi jego były podobne do ludzkich,ale gdzie gdzieniegdzie były długie, czarne, grube i lśniące włosy. Stopy były podobne do reszty, a na ich końcu były czarne, długie pazury. Co chwila z jego ust wylatywał niebiesko-czarny płomień.

-Jesteś wreszcie Xelafogesie... - rzekł mrocznym, cichym głosem demon - tu możesz zdjąć swą skórę.

-Nie trzeba. - odpowiedział Mel podobnym głosem, ponieważ czar Marleya ciągle działał

- Zaraz będę musiał iść. Nie opłaca się.

-No... niby masz rację... Idź pilnować pomieszczenia... - po czym demon zaczął wracać do ludzkiej postaci. Skóra zaczęła do niego lecieć, a on się kurczył. Po kilku sekundach wyglądał normalnie. Mel wyszedł z pokoju i wzdrygnął się.

-Co za potwór... i my to mamy zabić. I to rządzi CIA... To ma rządzić światem... - pomyślał rebeliant, po czym jeszcze raz się wzdrygnął i udał się pod drzwi pokoju z głównym komputerem. Gdy tam doszedł usiadł na najbliższym krześle. I czekał.


W tym czasie w bazie rebelii chłopcy się przygotowywali. Uzbroili się i ubrali w stroje mechaników wyczarowane przez Marleya. Wzięli ze sobą dwa pistolety(po jednym dla Boba i Rickiego), shotguna(dla maga). Bob zabrał ze sobą również kastet i kilka granatów z gazem usypiającym. Marley wziął swój miecz, a Ricky notatnik z wirusem i zadaniem, oraz miniradar. Po pół godziny od wyjścia "demona" poszli do celu. Marley ich prowadził.

Po dłuższej chwili doszli do małego, obskurnego budynku.

-Co to ma być? - spytał zdziwiony i zdenerwowany Bob - Toż tu nawet nasza baza się nie zmieści!

-Ale przecież to było tu. - rzekł zaskoczony "ogromem" budowli Marley - Czar, który rzuciłem na Mela pokazywał mi drogę, którą szedł. Później wszedł w te drzwi i... go zgubiłem.

-Znaczy... umarł?

-Niekoniecznie. Czar traci wizję, kiedy zaczarowany umrze, albo przeniesie się gdzieś daleko, ale czar działa cały czas.

-Znaczy... Jest teraz gdzieś indziej?

-Znaczy...tak.

-No to musimy tam wejść. - wtrącił się Ricky

-Kto pierwszy? - spytał Bob

-Ja pójdę. - zgłosił się Marley.

Otworzył drzwi i wszedł do środka. Nagle znalazł się w dużym pomieszczeniu. Nie zdążył się zbyt nadziwić, bo po chwili wpadł Ricky i Bob. Wszyscy stali jak osłupieni. Dziwili się, że w tak małym budynku zmieściło się tak wielkie pomieszczenie.
-Ricky, weź sprawdź na tym radarze gdzie jesteśmy. - poprosił Marley.

-Ok. - Ricky wyjął radar i uregulował widok na lokalizację miasta. Okazało się, że są w Rosji, w Moskwie, z której teraz zostały tylko ruiny. Kiedy to usłyszeli, byli zdumieni, ale postanowili iść dalej. Po pewnym czasie zobaczyli recepcję. Siedziała tam młoda dziewczyna.

-Czego panowie chcą? - spytała grzecznym głosem

-My jesteśmy mechanikami i przyszliśmy sprawdzić stan pomieszczenia, w którym jest główny komputer. - zaczął Bob

-Ale z tego co wiem, kontrola była pół roku temu.

-To co z tego?

-A to, że są co rok.

-Kiedyś może były, ale teraz szef kazał nam robić inspekcje co pół roku.

-Aha. Chyba, że tak. Proszę za mną. - dziewczyna wyszła zza okienka i poprowadziła ich do ostatniego korytarza.

-Teraz panowie muszą iść prosto. Na końcu będzie pomieszczenie zakutymi drzwiami. Będzie tam strażnik, ale powinien was wpuścić. Do widzenia

-Dziękujemy - odpowiedzieli chłopcy i poszli. Przy drzwiach spotkali Mela, który wpisał kod i weszli do pokoju. Strażnik powiedział innym żołnierzom, że będzie ich pilnował, a przy drzwiach stanęło dwóch "normalnych" strażników. Weszli do pokoju i chcąc się upewnić, że nic i nikt im nie przeszkodzi Marley rzucił czar, który czynił, że osoba wchodząca do tego pomieszczenia widzi tylko trzech mechaników i stojącego obok strażnika, a słyszała tylko typowe dźwięki typu "podaj mi śrubokręt", czy "weź to potrzymaj." I nic więcej. W tym czasie Ricky siadł do komputera i uruchomił go. Przez pewien czas nic się nie działo. Na monitorze była tylko kreska tekstowa. Po chwili na górze ekranu pojawił się napis: "PODAJ HASŁO". Haker otworzył notatnik i wpisał w ramkę: "Mirikakuza" i wcisnął Enter. Znów przez chwilę był bezruch. Po kilku sekundach coś zaczęło się dziać. Na ekranie pojawiła się tabelka z nazwiskami. Ricky włożył notatnik, uruchomił edytor z danymi i zaznaczył je, po czym kliknął "Podmień na/zaznaczone" i zaznaczył dane z komputera, a następnie wcisnął Enter. Pojawiło się okienko "podmienianie plików" i wszyscy zaczęli czekać z napięciem. Pod koniec podmieniania do pokoju wpadł strażnik i zaczął w nich strzelać. Marley przypomniał sobie, że czar działał tylko pół godziny. Wtedy rzucił zaklęcie, które spowolniło czas, ale efekty tego odczuli tylko rebelianci, którzy pomimo czaru mogli poruszać się normalnie. Żołnierz widział ich uniki, ale wyglądało to, jakby byli niewiarygodnie szybcy. Wtedy Bob, unikając kolejnych naboi, podbiegł do strzelającego, wytrącił mu broń i skręcił kark tak szybko, że nie wydobył się nawet mały odgłos łamanych gnatów. Strażnik padł martwy na ziemię. Wtedy kopiowanie plików zostało zakończonem a Marley zdjął czar. Mel wcisnął Enter i wyszli z pokoju. Wtedy stało się coś dziwnego. Z jednej ze ścian poszła iskra, potem druga, trzecia i tak zaczęły się sypać, aż zaczęło się hajcować. Wszyscy wybiegli z pokoju i zaczęli uciekać w stronę wyjścia, które niestety było daleko. Kiedy odbiegli trochę, wszystko zaczęło się trząść i sypać, jakby było trzęsienie ziemi. Podłoga stała się nierówna, a ściany powoli pękały. Z pokoju z głównym PC wydostała się potężna i ciągle rosnąca fala ognia przed którą można było tylko uciekać. Zaczęli biec najszybciej jak można. Nagle z jednego z wielu pokoi wybiegło kilku strażników, którzy zaczęli strzelać w stronę rebeliantów. Nie strzelali zbyt długo, ponieważ nie zauważyli ognia, który pochłonął ich całkowicie. Nagle w biegu Mel potknął się o wystający kawałek podłogi. Nikt tego nie zauważył. Kiedy próbował wstać, stracił równowagę i ponownie upadł. Zdążył tylko krzyknąć "O JA...!!!". Na ten krzyk wszyscy odwrócili głowy i zobaczyli, że Mel leży na ziemi, a ogień go pochłania. Zaczęli biec szybciej. Marley próbował rzucić coś, co by zatrzymało ogień, albo przyspieszyło ich bieg, ale nie udawało mu się, ponieważ był ciągle w biegu i pod presją nie mógł się skupić. Nagle Bob został trafiony w nogę przez jednego ze strażników i padł. Nie zdążył nawet krzyknąć. Po pewnym czasie panicznej ucieczki dotarli do drzwi, które można było zamknąć na zamek szyfrowy. Ricky znalazł w kieszeni jeden z dekoderów, które zawsze ma przy sobie. Przyłożył go do drzwi i czekał, a Marley próbował się skupić. Ale niestety żywioł był szybszy. Ricky krzyczał do maga, aby zaczął uciekać. Jednak on nie chciał zostawić przyjaciela na pastwę ognia. Wtedy Ricky zaczął krzyczeć, żeby zaczął uciekać, bo zaraz się skończy. Marley zaczął uciekać. Haker już sięgał palcem do guzika potwierdzenia, gdy ogień doszedł do niego. Mag nagle poczuł dziwne ssanie i zobaczył tylko falę ognia, która przeleciała obok i znalazł się w zupełnie innym miejscu. Było to całkowicie opustoszałe podwórze. Stały tu ruiny jakiegoś domu. Przy starych, ledwo wiszących drzwiach stała jakaś postać. Marley podszedł bliżej. Zobaczył człowieka. Szefa CIA. Pomyślał, że coś jest nie tak. Ale po chwili skóra zaczęła spadać z tego człowieka. Pojawił się demon, którego widział Mel. Mag był przerażony.

-Czego ode mnie chcesz? - spytał

-Walki na śmierć i życie

-Czemu ze mną?

-Bo w tobie jest energia mojego najgorszego wroga, który był twoim nauczycielem.

-Co? Ten staruszek, który mnie wychował i nauczył życia, znał prawdę?

-Tak. To on uczynił mnie demonem w ludzkiej postaci. Gdyby nie on, świat byłby już mój.

-Hmm... Tak... - czarodziej schował ręce za plecami tworząc w nich świętą kulę - a co zrobiłbyś z tymi, którzy by przeżyli? - chciał jak najbardziej przedłużyć rozmowę, aby zebrać jak najwięcej energii

-Uczyniłbym ich moimi sługami.

-A jak mnie zabijesz, to co się stanie, hm? - kula przybrała rozmiar arbuza. Marley postanowił zbierać energię w organizmie, aby być gotowy do walki

-Najpierw wchłonę twoją energię, a potem zniszczę twe zwłoki.

-Jesteś pewien, że mnie zabijesz? - wtedy mag wyrzucił kulę w stronę demona. Potwór był tym zaskoczony i nie zdążył uniknąć ciosu. Został poważnie ranny, ale zaatakował Marleya swoimi pazurami. Trafił go w rękę. Mag odskoczył i wyjął swój miecz. Kiedy wzniósł go nagle uderzył niego piorun. Jednak nie była to zwykła iskra prądu. Była to energia, która uświęciła ten miecz. W tym samym czasie demon stworzył w ręku płomienne ostrze, które emanowało energią piekieł. Na niebie były tylko ciemne chmury. Dookoła biły pioruny. Miecz Marleya świecił białą poświatą. Starły się dwie najpotężniejsze moce. Czarodziej zaatakował pierwszy. Był blisko wysłannika piekieł i o omal nie odciął mu ręki. Demon odwrócił się i zaatakował plecy. Marley przechylił miecz do tyłu i sparował cios. Wtedy potwór ciął po łuku. Mag skoczył do góry i robiąc piruet w powietrzu chlasnął przeciwnika po głowie. Z dziury wykonanej mieczem buchał ogień. Demon zaczął wrzeszczeć z bólu i w euforii zaatakował rebelianta. Jednak człowiek odskoczył na tył wroga i wbił mu miecz w rzyć i pociągnął broń w górę. Rozciął potwora na pół. Z dwóch części tryskał ogień. Ciało odwróciło się i spojrzało na Marleya wzrokiem żądającym zemsty. Coś, co żyło cudem zaczęło biec w stronę maga. Ten jednak uskoczył i przeciął potwora w pasie. Górna część poleciała do przodu i po locie, który miał kilka centymetrów, opadła na ziemię. Z nóg wyleciał słup ognia. Dolne kończyny klęknęły, po czym padły. Marley stał zmęczony całą sytuacją. Schował miecz i poszukał jakiegoś środku transportu, którym mógłby polecieć do Ameryki. Po pewnym czasie szukania znalazł helikopter, który działał bo musiał, gdyż mag rzucił na niego zaklęcie naprawiające maszyny.

Kiedy doleciał do San Francisco udał się od razu do bazy. Była ciemna noc. Wylądował kilka metrów przed nią i poszedł do budynku rebelii.

-Hasło... O! Witaj Marley! A gdzie reszta? - przywitał go uradowany strażnik

-Reszta... nie żyje... - odpowiedział mu zmęczony mag - Daj mi wjeść.

-Już, wchodź. - Czarodziej wszedł do portalu i wylądował w bazie. Przywitał go szef.

-Cześć. I jak tam?

-Nawet dobrze. Jeśli nie liczyć strat w ludziach, to zadanie wypełnione.

-Jak to "strat w ludziach"? - spytał zaniepokojony szef

-No... reszta... nie żyje.

-Świeć Panie nad ich duszą...

Potem Marley opowiedział co się stało. Udał się na spoczynek i postanowił tu zamieszkać.


Po kilku tygodniach na świecie upadły szychy i powróciła równość praw. Nie był już podziału. Każdy mógł żyć tak, jak chciał. W końcu było normalnie.


KOMENTARZE:

Tylda (~) oznacza podpis osoby niezarejestrowanej.


2007-03-22 20:34    IP: 83.16.249.90


Świetne opowiadanie :P Czekam na wieciej
--
~Łukasz


2007-03-22 20:35    IP: 83.16.249.90


Świetne opowiadanie :P Czekam na wieciej
--
~Łukasz


DODAJ KOMENTARZ

Pola oznaczone gwiazdką są obowiązkowe

Podaj swoje imię*:
Podaj swój adres email:
Zapisz słownie cyfrę 6*:



Zawarte tu prace moża wykorzystywać tylko za wyraźną zgodą autorów | Magor 1999-2018 | Idea, gfx & code: Vaticinator | Twoje IP: 35.171.146.141